1. Patras                ZDJĘCIA

        21 styczeń 2018         przejechaliśmy około 2693 km

    Grecja nas przywitała szarzyzną i deszczem. Z tego co mogliśmy zobaczyć jest mało ludzi na portalach couchsurfing i warmshower w całym kraju. Więc w Patras wynajęliśmy mały pokoik na jedną noc na Airbnb. Właściciel był naprawdę nie miły i za wszystko musieliśmy płacić ekstra pieniądze, nawet za ogrzewanie... No cóż, takie chłodne przywitanie w nowym kraju oznacza, że może być tylko lepiej! I faktycznie, słońce wyszło już następnego dnia, a prognoza pogody zapowiada się całkiem niezła na cały tydzień. Jedyny minus: zimno. Będziemy omijać góry, już nie dlatego, że jest pod górkę, tylko tym razem dlatego, że jest tam o wiele zimniej. Zostawiliśmy naszą kołdrę w Palermo, bo dowiedzieliśmy się od Giorgio, który nas wręcz wyśmiał, że musimy zmienić materace by było nam cieplej, a nie dodawać wielkaśnią i ciężką kołdrę. Największe zimno pochodzi od ziemi, a nasze śpiwory są wystarczająco wytrzymałe. Faktycznie, nasze materace już nie dawały radę a poza tym były, po dwóch miesiącach podróży, kompletnie zniszczone. Dostaliśmy na Święta od Rodziny Mikołaja bardzo dobrej jakości materace i tym razem, nie powinno być czuć zimno pochodzące z ziemi aż do temperatury -7°C. Dobra wiadomość! Inne postanowienia: wciąż z tego samego powodu, nie warto nam wyjeżdżać z Grecji w kierunku północnym przed końcem marca. Mamy więc ponad dwa miesiące by powoli zwiedzić kraj. Chcemy się zatrzymać jak najdłużej na południu i w tym celu zapisaliśmy się na portalu wwoof.org. Wwoofing to organizacja międzynarodowa, która łączy gospodarstwa rolnicze, zazwyczaj ekologiczne, z ludżmi, którzy chcą pomagać im w zamiań za nocleg i wyżywienie. Postaramy się zatrzymać w takiej wsi i tym sposobem nabyć trochę wiedzy na temat rolnictwa w zamian za ciepłe miejsce do spania.

     

    To co? Wsiadamy na rower i jedziemy!

     

  2. Kalamata     TRASA           ZDJĘCIA

        27 styczeń 2018         przejechaliśmy około 2919 km / 226 km w etapie II

    W drodze z Patras do Kalamaty mieliśmy wrażenie, że jedziemy po wielkim polu drzew oliwkowych. Myśleliśmy, że widzieliśmy ich dużo we Włoszech, ale tutaj jest ich o wiele więcej!! Oliwki z Kalamata są zresztą znane na całym świecie. To są te duże czarne i pyszne oliwki. Ponad 3000 lat temu, w Olimpi, zwyciężcy Gier Olimpijskich dostawali koronę zrobioną z gałęzi oliwkowców. Zwiedziliśmy to co zostało ze starożytnego miasta Olimpi. Dowiedzieliśmy się mnóstwo ciekawych rzeczy. Między innymi, że oprócz wyścigów rydwanów i konkursów na trąbce, były też wyścigi dla dzieci. Tylko dla chłopców oczywiście ponieważ dziewczyny i kobiety miały zakaz wstępu na pole Olimpijskie. A kara była taka, że ich zrzucano ze skały Typaion (nie wiemy gdzie to jest, ale nie wygląda na to, żeby to było miłe doświadczenie). Zorganizowały więc sobie własne wyścigi, które się nazywały Heraia i odbywały się w mieście Argos. Gry Olimpijskie zostały stworzone aby czcić Boga Zeusa. W centrum starożytnego miasta i w największej świątyni był kiedyś jego pomnik wyrzeźbiony w kości słoniowej i w złocie przez Phidiasa. Ta rzeźba była wielka i należała do siedmiu cudów starożytnego świata. Niestety, została kompletnie zniszczona podczas wielkiego pożaru i nie zostało po niej nic... został za to tor wyścigowy po którym się przebiegliśmy ;)

     

    Poza oliwkami i Olimpią, jest w Grecji dużo małych i ślicznych kościołów, inaczej mówiąc cerkwi, bo tutaj religia jest prawosławna. Nie jest ona oddzielona od rządu, to znaczy, że księża są urzędnikami.

     

    Jeśli chodzi o pogodę, to było ładnie w czasie dnia, codziennie piękne słońce, a nocami było zimno. Jednak, dzięki dobrym śpiworom, dobrym materacom i z grzałką, którą Cindy sobie dokupiła by ogrzać stopy (specjalna butelka do wlewania gorącej wody), spaliśmy dobrze. Dopiero rano jak wstawaliśmy widzieliśmy zamarźnięte pola i mróz na rowerze.

     

    Po pięciu dniach jazdy, dojechaliśmy do Konstantinos i Stelli, którzy nas gościli w swoim domu w Kalamata. Zadaliśmy im mnóstwo pytań na temat kraju, który jest dla nas jeszcze zupełnie obcy. Spędziliśmy przemiłe dwa dni.

     

    Jedziemy teraz do małej miejscowości w górach, zwanej Saidona, by pierwszy raz doświadczyć Wwoffinga. Będziemy przez tydzień pomagali w … produkcji oleju z oliwek!

     

  3. Saidona     TRASA           ZDJĘCIA

        04 luty 2018         przejechaliśmy około 2976 km / 283 km - etap II

    12 km pod górę by dotrzec do miejscowości naszych Wwooferów... po wcześniejszej przełęczy jest trudno... w połowie tej oto wspinaczki, przejeżdżamy obok świętujących na świeżym powietrzu ludzi. Już mocno podpici, zapraszają nas na winko i na mięsko polane oliwą i cytryną. A czemu nie? Muzyka gra, niektórzy nam tłumaczą łamanym angielskim co się tu świętuje. Są dwie wersje, jedni mówią, że taki oto Pan w zeszłym roku prawie umarł pod drzewem, które na niego spadło i świętuje jeden rok życia, a drudzy mówią, że to uczta ku czci zmarłego brata jakiegoś innego Pana. No cóż, nie ważne, jest miło, odpocznęliśmy trochę i jedziemy dalej. Póżnym popołudniem dojeżdżamy do Saidony gdzie zostajemy na tydzień u Jerome - Francuz i Tatiany na pół Francuska i na pół Greczynka.

     

    Ich dom to kącik raju. Jak pogoda pozwala jest widok na zachodzące słońce, na morze. Rano, podczas gdy dzieci były w szkole, pomagaliśmy Jerome i Tatiany na polach oliwkowych. Skończyli zbierać oliwki dwa tygodnie temu, teraz trzeba zrobić porządek z gałęziami, które leżą na ziemi. (więcej informacji uzyskasz w artykule na blogu Zbieranie Oliwek). Drzewo oliwkowca ma to do siebie, że nawet jeśli się mu zetnie pień to mogą z tego pnia odrosnąć jakieś gałęzie. Dobrze jest regularnie ścinać duże gałęzie, wtedy drzewo produkuje więcej oliwek nastęnego roku. Nasza praca polegała na tym by odłożyć na bok drewno, które może być spalone w kominku i spalić resztę na miejscu w polu. Tego typu ogniska można robić do końca kwietnia według greckiego prawa, potem jest zbyt duże ryzyko pożaru.

     

    Po południe mieliśmy wolne by odpoczywać, grać na intrumentach, pójść się przejść lub wyrabiać francuskie croissants...

     

    Dziękujemy Jeroma, Tatianę, Nephelie, Michela i Malo (pies) za ten piękny tydzień spędzony razem i za pyszną oliwę, która towarzyszyła nam obficie przy każdym posiłku!

     

    A teraz mamy trzy dni drogi by dotrzeć do kolejnego miejsca gdzie będziemy robili wwoofing. Wygląda na to, że to miejsce będzie o wiele bardziej eko i blisko Matki Natury...

     

  4. Demonia     TRASA           ZDJĘCIA

        11 luty 2018         przejechaliśmy około 3116 km / 423 km - etap II

    Jechaliśmy trzy dni po pięknej wyludnionej górskiej drodze by dojechać do kolejnej farmy współpracującej z organizacją Wwoofing, bardziej na południowym-wschodzie Grecji. Tym razem spędziliśmy tydzień w miejscu, gdzie wszystko zostało wybudowane przez Marię i Aleksandrosa. Na tej pięknej, czystej i nietkniętej ziemi, Ci dwoje stworzyli, za pomocą kilku wolontariuszy i czasem profesjonalistów, miejsce do życia w zupełnej zgodzie z naturą.

     

    Od 2012 roku do 2015 roku, Aleksandros z Marią żyli w karawanie przeznaczonym teraz dla wolontariuszy jak my. Sadzili drzewa i rośliny, budowali dom z gliny i z siana. Taki dom „oddycha” i nie ma problemu z wilgocią, ma też świetną izolację, co jest dosyć rzadkie w Grecji. Wszystko zostało bardzo ładnie i profesjonalnie wykończone. Wewnątrz dom jest przytulny, nowoczesny i drewniany. Aby był energetycznie samowystarczalny, elektryczość jest stwarzana przez 8 paneli słonecznych, woda czerpana z deszczu, a po użyciu wylewana na ziemię dla roślin. Dlatego też, same biologiczne środki czyszczące są u nich używane. Proszone jest też by nie jeść żadnej chemicznej żywności i konserwantów podczas pobytu u nich, wszystko wraca potem do ziemi ... Oprócz tego nie jest dozwolone jedzenie żywności pochodzącej ze zwierząt, głównie ze względu na szacunek dla nich ale również dlatego, że żywność ta nie jest najlepsza dla naszych ciał i dla otaczającego nas świata. Sika się na dworze, to jest bardzo dobre dla ziemi i dla roślin wszelkiego rodzaju a kupę robi się w suchych ekologicznych ubikacjach. Po kilku miesiącach taka kupa wymieszana z wiórkami z drewna jest świetnym nawozem (jeśli oczywiście przestrzega się właściwą dietę i robi się z tego kompost).

     

    Inny atut w tym gospodarstwie: dużo własnej żywności. Mają tu bogaty ogródek, drzewa owocowe i małe pole drzew oliwkowców. Według zasług permakultury: różnorodność! Dzikie krzaki i drzewa rosną wśród zadomowionych, nie używa się chemicznych nawozów, życie szumi w harmonii.

     

    Dom jest skończony, lecz na zewnątrz czeka na nich jeszcze bardzo dużo pracy. Są drzewa do posadzenia, mury z kamieni do wybudowania dla rozdzielenia terenu, małe pole oliwkowców do zadbania i inne budynki do wybudowania. Głównym celem tego miejsca jest by prowadzić kursy zdrowej żywności i alternatywnej medycyny, organizowanie zajęć rozwoju duchowego, zbliżenia się z naturą. Maria i Aleksandros mają pięćdziesiąt lat i dużo wiedzy na te tematy, prowadzą różne rodzaje kursów od lat. Nazwali to miejsce wspólnotą Korogonas Ark - każdy może do nich dołączyć i nawet zamieszkać na tym samym terenie co oni.

     

    Pobyt tam był dla nas intensywny. Nauczyliśmy się przy nich dużo rzeczy zupełnie dla nas nowych. Pracowaliśmy sporo na zewnątrz, o wiele więcej i dłużej niż w zeszłym tygodniu w Saidona. Niekiedy mieliśmy zakwasy w mięśniach. Doceniliśmy zdrowe i kolorowe posiłki, które przegotowywała dla nas Maria, szybko czuliśmy pozytywne zmiany w naszych organizmach. Jednak najtrudniej było się dostosować do rytmu jedzenia: bo tam mówiło się, że lepiej nie jeść rano, to świetny detoks dla organizmu. No cóż my zagryzaliśmy jednak pomarańczami i suszonymi owocami, co! tak nagle nie jeść śniadania, eeee ;).

     

  5. Korynt     TRASA           ZDJĘCIA

        21 luty 2018         przejechaliśmy około 3471 km / 778 km - etap II

    Krótkie wydarzenia sprzed kilku dni, opisane tak jak w gazetce :

     

    Poniedziałek 12, o 15: Na horyzoncie mała skalista wysepka. Nie widać tego z wybrzeża, ale po drugiej stronie znajduje się średniowieczne bizantyskie miasto posiadające piękną fortyfikację. Wszystkie małe domki z kamieni posiadają widok na morze. Uliczki są cichutkie i wąziutkie. Z dala słychać szum fal. Chętnie byśmy tu zostali na kilka tygodni.

     

    Wtorek 13, o 7:30: Kilka nieuprzejmych psów budzi nas szczekając na widok naszego namiotu. Jeden z nich, przyciągnięty miłym zapachem stóp, wsuwa swój pysk pod daszek namiotu i zabiera prawy but Thibaut. Szczęśliwie, ale z lekkim niesmakiem, Thibaut odzyskuje but obśliniony kilometr dalej na małej ścieżce.

     

    Piątek 16, o 16: Po przełęczy znajdującej się na wysokości 900 metrów, zjeżdżamy do doliny Tripoli. Pewnie z utęskieniem, krajobraz przypomina Thibaut swój ukochany region Dauphine skąd pochodzi. Tutaj jabłka zastąpiły wieczne pola oliwkowe. Czujemy się tak jakby nie w Grecji.

     

    Sobota 17: W Nafplio, nieznajomy pan zagaduje nas. Od 10 lat, Tasos podróżuje kilka miesięcy rocznie na swoim rowerze. Daje nam dobre wskazówki na dalszą drogę po Europie. Staje się naszym przywodnikiem po mieście i przyjacielem przy dobrej kawie.

     

    Niedziela 18, o 17: Nie daleko Epidauros, by nie spać pod deszczem, zatrzymujemy się w hostelu. Śniadanie, które było wstępnie za 5€ za osobę dostajemy za darmo. No a jeśli już, to dlaczego nie kolacja i pudełko pysznego ryżu z małżami na drogę?

     

    Poniedziałek 19, o 15: Epidauros, to sanktuarium Asklepiosa, boga medycyny. Chorzy przyjeżdżali z całej Grecji by zostać uzdrowionymi według legendy - nocą w ich śnie. Krótkie podziękowania od uzdrowionych zostały znalezione na wielkich tablicach z marmuru. Epidauros też słynie ze swojego pięknego amfiteatru o niesamowitej akustyce.

     

    Wtorek 20. o 17: znowu pada. Pan zgadza się, żebyśmy spali w jego fabryce. Ale uwaga, nocą nie wolno wychodzić bo wypuszcza groźne psy.

     

    Ilustracja tego i jeszcze więcej zobaczycie na zdjęciach.

     

  6. Ateny     TRASA           ZDJĘCIA

        28 luty 2018         przejechaliśmy około 3573 km / 880 km - etap II

    Jesteśmy w Grecji od ponad miesiąca. Już dużo lepiej sobie radzimy z językiem. A z pisownią? Bardzo szybko nauczyliśmy się czytać po Grecku. Właściwie to już na promie miesiąc temu. Nasze studia na fizyce i matematyce w tym pomogły bo przecież α, β, ε, θ, λ, μ, π, φ i ψ to dla nas żadna tajemnica ;) Mówienie jest trudniejsze, ale i tak jak ktoś widzi nas na tandemie mówi do nas po angielsku. Grecy nie jeżdżą na rowerach, więc musimy być obcokrajowcami. Kilka spotkanych po drodze greckich kolarzy powiedzieło nam, że oni też mają prawo do swojego „Hello, how are you?” ze strony rodaków.

     

    Odkryliśmy, że Grecy jedzą dużo sezamu. Dodają ziarna do słonych potraw, robią słodkie chrupiące sezamki z miodem i chałwę, którą się zazwyczaj kupuje na wagę. Och nie waż się kupować mniej niż 500 gram, to wstyd! Razem z chałwą, nasz tutejszy olej napędowy i polepszacz humoru czyli tahini, krem ze zmielonego sezamu. Dodajemy go każdego ranka do owsianki lub jemy go tak po prostu łyżeczką. Znaleźliśmy wersje z kakaem. Boskie! Smakuje lepiej niż Nutella ;)

     

    Ateny. Wejście do ogromnego, brudnego i głośnego miasta było dla nas szokujące po spokojnym miesiącu spędzonym na południu kraju. Ale szybko skorzystaliśmy z atutów takiego miejsca. Kupiliśmy dla Thibaut nowe buty, a dla Cindy nowe spodnie sportowe. Mieszkaliśmy u Dea, francuskiej studentki archeologi na wymianę, którą Cindy poznała w zeszłym roku w Lyonie. Dea mieszka z Rafaelem, też francuz, który okazał się być młodym muzykiem, skrzypkiem jazzowym. Skończył trzyletnią szkołę Lockwooda. Niesamowite było spotkać go kilka dni po śmierci słynnego skrzypaka, jazzmana i pedagoga: Didiera Lockwood. Zorganizowaliśmy sobie z nim i z jego przyjaciółmi muzykami jam session. Byliśmy na jego koncercie w nielegalnym barze na szóstym piętrze pustego budynku na słynnym osiedlu Exarcheia. Dea opowiedziała nam trochę o swoich studiach. Archeologia... taki ważny temat tutaj w Grecji. Cindy zachorowała i leżała dwa ostanie dni w łóżku, dobrze było mieć przytulny dach nad głową.

     

  7. Meteory     TRASA           ZDJĘCIA

        13 marzec 2018         przejechaliśmy około 3981 km / 1288 km - etap II

    Wyjeżdżamy z Aten. To nie po drodze i nie ma tam nic do zobaczenia, ale chcemy przejechać przez miasto Maraton, tylko, żeby móc powiedzieć, że pojechaliśmy tam po oryginalnej, 42 kilometrowej drodze (która też swoją drogą jest potwornie nie ciekawa, ale co tam). Jesteśmy zadowoleni.

     

    2 marca wieczorem obchodzimy naszą siódmą rocznicę bycia razem. Świętujemy przy dobrej kolacji w restauracji w porcie i przy mocnym Tsipuro (lokalna wódka).

     

    W Achillio mamy spotkanie z Efie i Theodoros, rodzice Vasilis, z którym skontaktowaliśmy się przez stronę Warmshowers. Spędzamy przemiły wieczór. Efie uczy Cindy jak robić chałwę. Ale nie tą z sezamem. Chałwa jest też nazwą datku do ciasta na bazie kaszy mannej i też ciasta na bazie sypkiej mąki kukurydzianej. Ten trzeci rodzaj chałwy jest troszeczkę podobny do łukum, turecka słodycz. Następnego dnia jest deszczowy dzień ale my i tak chcemy jechać. Robimy zaledwie 35 km. W Almyros mieszka Vasilis i tym razem karze nam zostać u siebie. Poznajemy jego przemiłą żonę i trójkę dzieci. Rano przed wyjazdem, wymieniamy hamulce od roweru, które są już zurzyte. Vasilis myje dokładnie nasze biegi i uczy nas jak mamy o nie dbać.

     

    To też nie po drodze ale skręcamy w głąb lądu by zobaczyć słynne Meteory: zjawiska geologiczne, skały wyrastające z ziemi na których są wybudowane tysiącletnie klasztory. Pierwszy raz w Grecji jeździmy po całkiem płaskiej drodze przez 100 km. Jaka szkoda, że jest taki silny wiatr z czoła! Może to ten wiatr nas tak wykończył, 30km od Meteor, zatrzymujemy się w małym miasteczku i prosimy młodego pana, czy możemy w jego ogrodzie postawić namiot. Tak oto poznajemy Thanasis, u którego będziemy tydzień. Tydzień dlatego, że Cindy od nowa i silniej niż w Atenach bierze choroba. Nic poważnego, przeziębienie, ale na tyle ją zwala z nog, że nie ma siły na nic. Thibaut też załapuje się na ból głowy i na kaszel... Ach, tak bardzo chcieliśmy jechać dalej. Cóż, Thanasis, zaprowadza nas do Meteor i też na inne spacery. Daje nam do dyspozycji pokój w którym śpimy, kaszlemy i smarkamy.

     

  8. Sofia     TRASA           ZDJĘCIA

        30 marzec 2018         przejechaliśmy około 4552 km / 1859 km - etap II

    To było tak.

     

    Wyjechaliśmy, po tygodniu chorowania z miasta Trikala w Grecji. Cieszyliśmy się strasznie. Mogliśmy znowu posuwać się do przodu, jeździć parędziesiąt kilometrów dziennie, spać na świeżym powietrzu i odnaleźć naszą podróżniczą rutynę, którą cenimy sobie bardzo. Zdecydowaliśmy się jechać już bez żadnych zbędnych objazdów i kierować się na północ. 25 kwietnia mamy zarezerwowany autobus z Krakowa, jedziemy na dziesięć dni do Francji na ślub przyjaciół. Musimy więc zdążyc na czas do Polski.

     

    Nie zatrzymaliśmy się w Thessalonikach. Pojechaliśmy od razu do Macedonii. Spędziliśmy tam dwa dni, tyle by sobie zdać sprawę z tego, że to jest dość biedny i wiejski kraj. Macedończycy piszą cyrylicą, nie są w Unii Europejskiej, są przemili i sympatyczni, i kłócą się z regionem w Grecji, który ma taką samą nazwę co ich kraj. Broń Boże nie mów Grekom, że jedziesz do Macedonii, możesz ewentualnie użyć takiej nazwy: Ex Republika Jugosławi Macedonii lub po prostu powiedzieć Skopje, czyli nazwa stolicy.

     

    Pierwszej nocy w Macedonii nasz namiot porządnie zmókł... po sześciu miesięcach podróży, robimy bilans naszego sprzętu, co jest w porządku a co jest do polepszenia. Nasz namiot moknie od spodu nawet jak podkładamy płachtę nieprzemakalną (woda dostaje się między płachtą a namiotem) trzeba będzie to koniecznie zmienić.

     

    Do Bułgarii dotarliśmy szybko i zafundowaliśmy sobie hotel w Petrich by się umyć i zrobić pranie po sześciu dniach spędzonych na dziko. Pojawiła się wtedy w Bułgarii fala mrozu i deszczy i też bóle pleców Cindy... lumbago. Łóżka w tym hotelu były po prostu zbyt miękkie. Nie jesteśmy do takich przyzwyczajeni. Thibaut miał po tej nocy bóle karku dlatego masowaliśmy się nawzajem i to było akurat miłe. Opóźniło nas to znowu ze trzy dni. Zwiedziliśmy dom bardzo słynnej jasnowidzki za czasów komunizmu: Baba Vanga. Jak tylko Cindy mogła znowu wstać i usiąść na rower ruszyliśmy dalej. Było zimno i deszczowo, wielkie samochody przejeżdżały koło nas pryskając nas wodą z pod kół a my śpiewaliśmy „Y'a d'la joie” Charlesa Trenet (satyryczna stara francuska piosenka o dobrym humorze, sorry nie znaleźliśmy tłumaczenia ale można sobie miło posłuchać ;)).

     

    Teraz jesteśmy w Sofii. Polepszyła się pogoda, jest bardzo przyjemnie. Uczymy się czytać w cyrylicy i dogadujemy się z ludźmi mówiąc po polsku ponieważ bułgarski to też słowiański język i użyteczne słowa są często podobne do polskich.

     

  9. Timisoara     TRASA           ZDJĘCIA

        10 kwiecień 2018         przejechaliśmy około 5118 km / 2425 km - etap II

    Czy wiesz, że Bułgaria, wspólnik Niemców podczas drugiej wojny światowej, ocaliła Żydów na swoim terytorium ze śmierci w obozach koncentracyjnych? Żydzi z Bułgarii byli zabierani do obozów pracy w Bułgarii, gdzie oczywiście, wszystko nie było różowe a praca była trudna, lecz po wojnie wszyscy zostali z tych obozów wypuszczeni, co jest faktem dosyć rzadkim i wartym podkreślenia.

     

    Czy wiesz, że alfabet "rosyjski" cyrylica został stworzony w Bułagarii w IX wieku na bazie greckiego alfabetu? Jest on teraz używany w kilkudziesięciu różnych językach.

     

    Czy wiesz, że król Bułgarii, który został wygnany przez komunistów, został także wybrany jako prezydent po komuniźmie? To jedyny taki przypadek na świecie.

     

    Czy wiesz, że drogi uczęszczane przez ciężarówki posiadają prysznice na stacjach benzynowych? Wypróbawane przez nas i docenione!

     

    Czy wiesz, że Dunaj nie jest najdłuższą rzeką w Europie? Najdłuższa to Wołga, znajdująca się w Rosjj. Dunaj jest bardzo długą rzeką, która przepływa przez 10 krajów w Europie i która zainspirowała wiele poetów i artystów. Znajdziecie w Art On The Road na naszym blogu kilka wierszy o Dunaju.

     

    Czy wiesz, że babcie z kreskówek, te małe, zgarbione z chustą i jednym zębem istnieją naprawdę? Można je spotkać na wsi w Bułgarii i w Rumunii.

     

    Czy wiesz, że deszcz, o którym opowiadamy często z goryczą, może przynieść całkiem przyjemne doświadczenia? W odpowiedzi na pytanie czy możemy spać na materacach w ich garażu ponieważ zapowiada się deszczowa noc, Paweł i Aleksandrina dają nam klucze do przepięknego pustego domu brata Pawła i mówią, że mamy się rozgościć. Jeszcze raz dziękujemy tej pięcio gwiazdowej gościnności!

     

  10. Krosno     TRASA           ZDJĘCIA

        21 kwiecień 2018         przejechaliśmy około 5678 km / 2985 km - etap II

    W ostatnich dniach w Rumunii była okazja by doznać niesamowitą gościnność ludzi. Nie było jednego dnia bez podarunku: truskawki, jajeczka kolorowe pomalowane na Święta Wielkanocne, alkohol lokalny bądź hollenderski pyszny ser. Może i właśnie w Rumuni było najbardziej gościnnie jak do tej pory, to był także kraj w którym drogi były najbardziej niebezpieczne (albo to były drogi bez pobocza pełne tirów albo takie dziurawe na których ledwo dało się jechać).

     

    Przy przekroczeniu granicy z Węgrami zauważyliśmy wielkie zmiany. Nie jesteśmy do takich przyzwyczajeni bo na rowerze zmiany są właśnie dość łagodne, ciągłe, nie tak jak samolotem gdzie się skacze z jednego odległego punktu do drugiego. Przekroczyliśmy niewidzialną linię, za którą, przywitaliśmy bogatą Europę Zachodnią. Ładne zadbane domy, drogi bez śmieci na poboczach i … ścieżki rowerowe oddzielone od drogi praktycznie wszędzie! Jej, zapomnieliśmy, że te dróżki tak bardzo przyjazne dla rowerzystów w ogóle istnieją!

     

    Bardziej na północy Węgier, przejechaliśmy przez małe miasteczko, gdzie wszystko było napisane po hebrajsku. W centrum miasta zobaczyliśmy dziesiątki żydów-chasydów ubranych w oryginalne stroje, całe czarne z dużymi kapeluszami i z pejsami. Aż głupio nam było przejeżdżać wśród nich w fluorescencyjnych żółtych kaskach. Okazuje się, że tutaj mieszkali bardzo znani rabini i, że przejeżdżaliśmy właśnie przy domu rabina w dniu jego rocznicy śmierci. Teraz żydzi przyjeżdżają z całego świata tutaj w ramach pielgrzymek.

     

    Śpieszyliśmy się do Polski. Przejechaliśmy Słowację w dwa dni. Na pewno tu kiedyś wrócimy ponieważ małe miasteczka, pagórki, kwitnące drzewa, spokój i piękno wywarły na nas pozytywne wrażenie. Przekroczyliśmy granicę z Polską w sobotę o 12, sklepik zwany Smakołykiem naszych przyjaciół w Krośnie zamykali o 14 a my chcieliśmy jeszcze zdąrzyć na drożdżówkę. 36km w mniej niż dwie godziny to czasem pod górkę to czasem z górki. Oto jak wyglądał nasz ostatni sprint tego etapu.

     

    Teraz czas na kilka dni odpoczynku. Spędzamy go z Kają i Tomkiem, którzy goszczą nas w ich domu w Krośnie (z nimi byliśmy na Malcie tej zimy). Zabierają nas do ładnych miejsc obok Krosna.

     

    Po tych kilku dniach spędzonych w Krośnie pojedziemy do Francji na ślub Philippa i Floriane. Zostawimy rzeczy i tandem w dobrych rękach. A jak wrócimy z Francji będziemy jeźdżić i zwiedzać Polskę tak jak jeszcze nigdy nie mieliśmy okazji jej zwiedzać, na tandemie ;)

     

     

     

POWRÓT NA BLOGA
design by MK