1. Sztokholm  START ETAPU IV            ZDJĘCIA

        03 sierpień 2018         przejechaliśmy około 8344 km

    Ach Sztokholm... pewnie ktoś chciał, żebyśmy zostali w tym mieście dłużej... Fakt, że miasto jest przyjemne i ładne. Sytuacja była też dla nas bardzo wygodna, ponieważ znajomi z Polski zostawili nam swoje mieszkanie podczas letniego urlopu.

     

    Pewnego dnia pojechaliśmy zwiedzać centrum na tandemie bez bagaży - sakwy i przyczepkę zostawiliśmy w mieszkaniu. Przypięliśmy tandem o słupek... Może miejsce było nie adekwatne, może z zbyt dużym zaufaniem zostawiliśmy tandem sam... nie wiemy... ale jak wróciliśmy po kilku godzinach spacerowania tandemu już nie było. Został on nam skradziony.

     

    Był to dla nas, jak możecie sobie wyobrazić, duży cios. Jednak szybko zdecydowaliśmy kupić dwa nowe rowery by dalej kontynuować podróż. Dlaczego dwa rowery a nie tandem? Bo to rozwiązanie było łatwiejsze i tańsze. W stolicy, takich pojazdów nie brakuje i szybko znaleźliśmy sprawny sprzęt. Zanim wyruszyliśmy musieliśmy czekać jeszcze dziesięć dni na dostawę części niezbędnej do zaczepienia przyczepki do roweru, którą zamówiliśmy przez internet.

     

    I jak było w tym Sztokholmie przez tyle czasu? Było gorąco, było ciekawie, zarobiliśmy trochę pieniążków grając na ulicy a pod koniec, codziennie chodziliśmy do jeziora tuż obok naszego mieszkania, gdzie woda była niesamowicie cieplutka. Przyjaciel naszych polskich znajomych, Nicolae, zaopiekował się nami cudownie. Jest on architektem z Rumunii i bardzo dobrze mówi po francusku. Opowiedział nam mnóstwo ciekawostek o mieście i dzięki niemu mogliśmy lepiej zrozumieć życie Szwedów. Odkryliśmy artystyczne stacje metra, cmentarz Skogskyrkogården wpisany na listę UNESCO.

     

    A to co najbardziej zdziwiło Cindy, pozytywnie, to to, że podczas EuroPride, wszędzie w mieście były tęczowe flagi, nawet na autobusach i tramwajach i również przy ratuszu z wielkim napisem « Stockholm Pride ! »;) Dzisiaj ruszamy w drogę. Trzymamy kciuki aby nowy sprzęt był wytrzymały i towarzyszył nam aż do końca podróży. Jedziemy teraz w stronę zachodniego wybrzeża Norwergii, gdzie podobno krajobrazy są bajeczne.

     

  2. Rörbäcksnäs     TRASA           ZDJĘCIA

        11 sierpień 2018         przejechaliśmy około 8888 km / 544 km - etap IV

    Dzisiaj przejechaliśmy aż 90km i wcale nie było płasko! Dobrze nam się jeździ na dwóch oddzielnych rowerach. To co nie było wyobrażalne na początku jest teraz rzeczywistością: jedziemy prawie w tym samym tempie. Miło jest być samodzielnym a jednoczeście nie czekać na lub nie gonić za drugą osobę.

     

    Jutro przekraczamy granicę z Norwegią.

     

    Bardzo dobrze nam się jeździło po Szwecji. Jest to piękny i spokojny kraj. Domki są bardzo charakterystyczne, pomalowane w kolorze bordo z białymi elementami. Zdziwiło nas jak bardzo gospodarstwa są zadbane, trawniki perfekcyjnie skoszone nawet w najgłębszej wsi a domki tak jakby wzięte z jakieś baśni. Nigdzie nie znaleźliśmy zaśmieconych miejsc. Choć jesteśmy na tym samym kontynencie, Grecja, Bułgaria i Rumunia wydają nam się być na innej planecie. Doznaliśmy kilkakrotnie prawdziwą głęboką ciszę w lesie. A pewnego ranka obudziliśmy się wśród jagodowych krzaków. Zebraliśmy całe pudełko tych pysznych owoców.

     

    Na naszej drodze spędziliśmy dwie noce i jeden dzień u angielsko-szwedzkiej rodziny poznanej na warmshowerze (portal internetowy dla rowerzystów). Dobry przypadkowo wybrany dzień na odpoczynek ponieważ tego dnia akurat padał deszcz i wiał potwornie wiatr. Wieczorem, w ramach podziękowania za gościnę przygotowaliśmy kolację. Mamy taki zwyczaj, że Thibaut gotuje danie a Cindy przygotowuje deser. Tym razem delektowaliśmy sie risottem z warzywami i tartą gruszkowo-czekoladowa.

     

  3. Åndalsnes     TRASA           ZDJĘCIA

        22 sierpień 2018         przejechaliśmy około 9359 km / 1015 km - etap IV

    Szczerze powiedziawszy, nie spodziewaliśmy się nic szczególnego na trasie odbytej między granicą a wybrzeżem. Czekaliśmy na dojazd do zachodu, gdzie słyszeliśmy kilka opowiadań o pięknych krajobrazach, wymagających, stromych drogach i wietrznej złej pogodzie. Myśleliśmy że spokojnie zdąrzymy się psychicznie do tego przygotować. Jednak dzięki Darrenowi lub przez Darrena, rowerzysta który nas u siebie gościł w Szwecji, podąrzaliśmy pięknymi bocznymi scieżkami, na których jedynie płaszczyzny były rzadziej spotykane niż domki.

     

    Jeździć w Norwegii, to mieć ciągłe wrażenie, że się odbywa pieszą górską wycieczkę. Widać soczyste zielone doliny gdzie pasą się krowy, "przechodzi" się przez leśne drogi pachnące sosnami, widać nie kończące się płaskowyże i patrzy się na wodospady, które rysują zawiłe kreski na ścianach gór... niezapomniane widoki!

     

    Nawet w sierpniu, nie trzeba się wysoko wspinać by było zimno! Kilka lodowatych nocy przypomniały nam nasz pierwszy tydzień spędzony w Grecji w styczniu. Wygrzebaliśmy z dna naszej przyczepki rękawiczki, czapki i nawet zakurzony termofor. Przeżyliśmy najgorszy deszczowy dzień z całej naszej podróży. Nawet nie chodziło o ilości wody, tylko bardziej o wiatr i o brak jakiegokolwiek schronienia przez osiem godzin. Na szczęście pod koniec dnia, zjechaliśmy ze szczytu gór do kempingu, gdzie wynajęliśmy uroczy mały drewniany domek i gdzie mogliśmy wrzucić nasze przemoknięte rzeczy do suszarki!

     

    Pierwszy raz, musieliśmy być uważni na to by mieć dosyć jedzenia na kilka dni ponieważ nie zawsze były sklepy na naszej drodze. Natomiast często spotykaliśmy krzaki z jagodami, porzeczkami lub malinami. Oczywiście nie wystarczyło to by nakarmić dwóch wygłodniałych rowerzystów, jednak dzięki temu mieliśmy pyszne kolorowe i pełne witamin owsianki i dobry nastrój!

     

    Podsumowując - Norwegia jest sama w sobie wielką przygodą. Nie boimy się już teraz pojechac na piękne i dzikie zachodnie wybrzeże! (Zobaczymy w następnym artykule czy przypadkiem nie pożałujemy tego ostatniego zdania...)

     

  4. Førde     TRASA           ZDJĘCIA

        01 wrzesień 2018         przejechaliśmy około 9696 km / 1352 km - etap IV

    Zostaliśmy dwa dni w Åndalsnes. Znane tu są wycieczki pieszo po górach. Jako turyści z zaawansowanym poziomem, weszliśmy (mała przerwa od rowerów się należała :)) przez strome podejście na 750m wysokości i oglądaliśmy widok z góry. W kawiarni, gdzie ładowaliśmy telefon poznaliśmy Thibaulta i Camille też w trakcie długo terminowej podróży rowerowej. Ci Francuzi także rzucili pracę i oddali mieszkanie kilka miesięcy temu i tak jak my są parą C&T! Spędziliśmy razem wieczór opowiadając sobie nasze przygody na plaży gdzie legalnie można było rozbić obóz. Rano prysznic - ciepły i darmowy - z widokiem na morze wrył się głęboko w naszą pamięć.

     

    I pomyśleć sobie, że w niektórych krajach brakuje wody... tutaj woda jest wszędzie. Jeziora, morze, fjordy, źródełka, rzeki, wodospady. My sami pływamy w naszym pocie podczas licznych podjazdów. A co dopiero powiedzieć o deszczu? Może to być mała niegroźna mżawka lub lać jak z cebra, jedno jest pewnie ledwie nasze kurtki wyschną i zaczyna się od nowa.

     

    We Włoszech kupiliśmy dwie ciepłe kurtki by wieczory były milsze, w Grecji kupiliśmy termofor by ogrzać zmarznięte stopy Cindy nocą, w Polsce chroniliśmy się przed palącym słońcem daszkami (tak jak czapki z daszkiem tylko bez czapki, tenisiści takie mają), w Norwegii polepszyliśmy nasz sprzęt przeciwdeszczowy. Cindy kupiła sobie nowe buty, bo stare były jak wilgotne gąbki, Thibaut nabył nowe nieprzemakalne spodnie bo stare były podziurawione, a do tego warto było zaimpregnować wszystkie nasze deszczowe ubrania wzmacniającym spray'em.

     

    Uczciliśmy naszą papierową rocznicę ślubu u Manju, poznana na COUCHSURFING, w Ulsteinvik. Zostaliśmy u niej dwa dni podczas których obejrzeliśmy trzy filmy, bawiliśmy się w gry planszowe i przyrządzaliśmy pyszne posiłki.

     

    Ruszyliśmy dalej w drogę. Tym razem jadąc po Eurovelo 1. Ku naszemu zdziwieniu, choć jesteśmy w jednej z najbardziej deszczowej części świata, jest ładnie i słonecznie. Jedziemy wśród fjordów i tęcz i nasze serca się radują.

     

  5. Bergen     TRASA           ZDJĘCIA

        10 wrzesień 2018         przejechaliśmy około 9954 km / 1610 km - etap IV

    Fjordy, które podziwiamy wzrokiem, które omijamy, fjordy, przez które przejeżdżamy po mostach lub przez które przepływamy na promach. Nie łatwo się orientować, ponieważ czasami morze jest po naszej prawej a innym razem po naszej lewej, a czasem nawet z obu stron. Zapamiętamy norweską wycieczke po zachodnim wybrzeżu, przejechane drogi należą do najładniejszych z naszej podróży. Dojeżdżamy do Bergen pewnego deszczowego popołudnia, i prawidłowo, bo tutaj przysłowie mówi, że „nie ma złej pogody, jedynie ubrania mogą być niewłaściwe”. Dawno nie mieliśmy postoju w większym mieście. Cenimy sobie przede wszystkim spotkanie z Christophe i Eilin, naszymi przyjaciółmi, którzy mieszkają tu od czterech i pół roku. Spędzamy z nimi wspaniałe cztery dni. Chodzimy razem po mieście i po okolicach, rozciągamy śniadania aż do wczesnego popołudnia, a Cindy intensywnie piecze ciasta i nie tylko. Spędzamy niezapomniany wieczór na który są zaproszeni także Camille i Thibault nasi koledzy rowerzyści spotkani wcześniej, którzy także przyjechali w tym samym czasie do Bergen. Jemy domowe rybne burgery i śmiejemy się do łez.

     

    A teraz wsiadamy na prom i po długim rejsie czeka na nas płaska (hura!) Dania.

     

  6. Ribe     TRASA           ZDJĘCIA

        22 wrzesień 2018         przejechaliśmy około 10368 km / 2024 km - etap IV

    Dania była, no cóż, bardzo gościnnym krajem... bojąc się, żebyśmy przypadkiem za szybko nie przejechali przez jej ziemie zaczęła dmuchać wiatrem z przodu tak, że trudno nam było jechać. Dopiero pod koniec naszego pobytu, w końcu, wiatr zmienił kierunek popychając nas do przodu. Tak jakby Dania chciała nam wtedy rodzicielsko powiedzieć „no już, dziecię moje, jedź dalej w świat i poznawaj nowe horyzonty”. Dwa tygodnie zajęło nam przejechanie zaledwie kilkaset kilometrów.

     

    Ale jak mówi Hölderlin, „tam gdzie niebezpieczeństwo wzrasta tam i też wzrasta to co zbawia”. W przeciwieństwie do innych krajów skandynawskich, w Dani nie wolno biwakować na dziko. Jednak w rekompensacji zostały wybudowane tak zwane sheltery, czyli małe chatki w których można spać zabezpieczonym od wiatru i deszczu. Często przy tych chatkach można znaleźć i drewniane stoliki, miejsce na ognisko a rzadziej prysznic. Luksus. To wszystko oczywiście za darmo, ładnie, zadbane dzięki państwowym środkom. Namiot wziął sobie z tej okazji dwutygodniowy urlop.

     

    Turbiny wiatrowe były tu częścią krajobrazu. Podobno 40% energi elektrycznej jest produkowana w ten sposób. Dziwi nas to tylko trochę... pamiętamy dokładnie tę niedzielę, kiedy traciliśmy 60% naszej energi aby posuwać się w kierunku południa pod wiatr dmuchający w kierunku północy. To popołudnie dotarliśmy do kawiarni w latarni morskiej Bovbjerg i rzuciliśmy się na bufet domowych ciast i kawy. Pamiętamy ten moment jako moment zbawienia!

     

    Dania, to była przede wszystkim i nade wszystkim przygoda w czwórkę. Od Andalsnes w Norwegii, jechaliśmy mniej więcej tymi samymi trasami co nasi przyjaciele C&T, także zwani Les Pignes Vagabondes, czyli w przytłumaczeniu Szyszki Wędrowniczki (możecie sobie obejżyć zdjęcia i poznać ich choć trochę, nawet jeśli wszystko jest napisane po francusku, na ich stronie facebook ). Zdecydowaliśmy pewnego dnia, że dalszą podróż przez płaski, deszczowy i wietrzny kraj odbędziemy razem. Jadąc czasem to zgrupowani i bardziej zaabsorbowani rozmowami niż samą jazdą a czasem jeden za drugim, jechaliśmy tak w czwórkę z sheltera do sheltera. Opowiadaliśmy sobie mnóstwo historii z podróży, śmialiśmy się i graliśmy wieczorami w karty. Ach miłe to były i wciąż są aktualne przeżycia.

     

  7. Brema     TRASA           ZDJĘCIA

        03 październik 2018         przejechaliśmy około 10768 km / 2424 km - etap IV

    Te ostatnie dni były pod znakiem ludzkiej serdeczności.

     

    Przekroczenie granicy z Niemcami pokryło się z kilkudniowym obniżeniem temperatury. Przyzwyczajeni do naszych luksusowych shelterów (patrz poprzedni punkt: Ribe) absolutnie nie mieliśmy ochoty spać w namiotach na zewnątrz. Cindy przypomniała sobie o obozie harcerskim w Polsce. Podczas trzydniowej wędrówki spała z całą drużyną, czyli co najmniej 20 osób na sianie w stodołach na wsiach. W czwórkę też pewnie by się dało.

     

    Pierwszą noc spaliśmy u Swena w stodole... na sianie oczywiście! :) rano poczęstował nas obficie świeżo wydojonym mlekiem.

     

    Następnego dnia z trudnością znaleźliśmy dach nad głową. Ale ostatecznie burmistrz małego miasteczka Breklum zaprosił nas do siebie i poczęstował nas najwspanialszym śniadaniem na świecie!

     

    Trzeciego dnia spaliśmy w stajni dla koni a rano o 6 właściciele podsunęli nam świeże bułeczki i croissanty.

     

    Tu kończy się nasza wspólna przygoda w czwórkę razem z Camille i Thibault. Na Art On the Road na naszym blogu możecie zobaczyć rysunek, który nam zrobili na pożegnanie. Możecie także zobaczyć małe rysunki/podarunki, które robiliśmy (głównie Camille i Thibault bo oni ładnie rysują) dla osób u których spaliśmy. Zainspirowani tym sposobem robienia stworzyliśmy własne kartki z podziękowaniami.

     

    Ale na tym się gościnność nie skończyła. Czwartego dnia, już we dwójkę, zostaliśmy zaproszeni na noc do Renaty, bardzo miłej starszej pani która nas również poczęstowała świeżo upieczoną szarlotką i posiłkami.

     

    A piątego dnia i szóstego spaliśmy w Hamburgu w umówionym już domu na warmshowers.org.

     

    Jak tylko wyjechaliśmy z Hamburga, wieczorem poprosiliśmy pewnej pani o napełnienie naszych butelek wodą. Zapytała gdzie mamy zamiar spać, powiedzieliśmy, że najprawdopodobniej w lesie obok. Powiedziała, że możemy rozłożyć namiot w jej ogrodzie a rano, bez żartów, przyniosła nam do łóżka (a raczej "do materaca") śniadanie na tacy.

     

    I takim sposobem skończył się cykl siedmiu zaoferowanych nam śniadań!

     

    Bardzo nam się spodobał Hamburg. Zwiedziliśmy go w sposób szczególny... bo na kajakach! Ba, trzeba wzmocnić trochę górną część ciała jak już dolna jest na topie ;)

     

    Zakochaliśmy się też w mieście Brema. Tak jak mówi lokalna legenda o Muzykantach z Bremy, graliśmy na ulicy i zarobiliśny parę ładnych dziesiątek euro.

     

  8. Tilburg     TRASA           ZDJĘCIA

        12 październik 2018         przejechaliśmy około 11768 km / 2840 km - etap IV

    Uprzedzano nas: zobaczycie, Holandia to kraj rowerów! Ach tak, ścieżki rowerowe są tu szerokie i w świetnym stanie, parkingi rowerowe są jak oceany kół i ram, i kłódek, wszystko tak ściśle splątane, że trudno odróżnić co jest czym, a na każdym rogu można znaleźć serwisy i sklepy rowerowe... Ach to dla nas była czysta przyjemność. Uwaga jednak na następującą rzecz, tu już nie można sobie jeździć bezmyślnie, rozglądając się za motylkami bo ścieżki są raczej podobne do autostrad. Jest tu duży ruchu i też dużo rowerów elektrycznych a na nich jeździ się mijając Cię szybko i bez uprzedzenia.

     

    Z taką ilością rowerów myśleliśmy, że będzie mniej ruchu samochodowego. Ale nic z tego, samochody są, za to pieszych jest dużo mniej.

     

    Krajobrazy były piękne ale nie zróżnicowane. Wyobraźcie sobie drogę prostą i płaską przy kanale lub w małym lesie lub jeszcze w miasteczku pełnym małych ceglanych domków i będziecie mieli dosyć rzeczywisty obraz tego co widywaliśmy codziennie.

     

    Ziemie są w Holandii obficie zaludnione i trudno nam było znaleźć miejsce do rozłożenia namiotu. Poza tym nie wyglądało na to by tutejsi mieszkańcy chcieli, żebyśmy się rozbili w ich ogrodzie może dlatego, że jest mnóstwo oficjalnych kempingów. Jednak nasza ulubiona strona Warmshowers pozwoliła nam przespać się u Basa w Tilburg. Dziękujemy mu za miłe chwile spędzone przy opowieściach naszej i jego podróży i za to, że Thibaut mógł sobie pograć na elektrycznej gitarze.

     

    Miasto 's Hertogenbosch bardzo nam się spodobało. Chodząc po ulicy ogrzani jesiennym słońcem wyobrażaliśmy sobie, że miło byłoby tu zamieszkać. Zachwyciliśmy się muzeum Hieronima Boscha i katedrą z tysiącami gargulców.

     

    Jak zwykle skosztowaliśmy lokalne potrawy. Warto wspomnieć o waflach holenderskich (cienkie i chrupiące wafle z karmelowym nadzieniem), o Goudzie (szczególnie tej, która dojrzewała 7 lat zanim się znalazła w naszych żołądkach) i ciastach(space cookies) po których jest wesoło.

     

  9. Lille     TRASA           ZDJĘCIA

        20 październik 2018         przejechaliśmy około 12006 km / 3078 km - etap IV

    Przejechanie z Tilburga do Lille to przejechanie Belgię w poprzek. To skosztowanie dwóch rodzajów gofrów, to poznanie wykwintnej czekolady, to zakochanie się w pewnym niesamowitym mieście i spędzenie czasu z dwoma przyjaciółmi poznanymi na studiach, którzy stali się muzykami.

     

    Po Holenderskich waflach, czas było poznać gofry okrągłe z Liege, puszyste i maślane, są one często podawane jeszcze cieplutkie. Drugi rodzaj gofrów znany w Belgii to ten pochodzący z Brukseli. Tym razem gofry są prostokątne tak jak w Polsce, a jak się trafi na dobrą cukiernię, to gofry są chrupiące, leciutkie i rozpływają się w ustach!

     

    Sklepiki z czekoladkami są na każdym rogu. Weszliśmy w Gandawie(Gent) w takim sklepie, zwanym Yuzu, gdzie oprócz mistrza czekolady poznaliśmy artystę. Czekoladki są jak małe współczesne biżuterie i kryją w sobie najrozmaitsze smaki. Co wy na pralinkę o smaku anyżowym z dodatkiem tytoniu? Dziwne? Jeśli to jest zrobione w sposób przemyślany i profesjonalny my się długo nie zastanawialiśmy ;)

     

    W Antwerpii, spotkaliśmy się z Ireną, która akurat miała w tym samym dniu koncert w tym mieście. Niesamowita okoliczność, ponieważ mieszka ona w Brukseli i nigdy przedtem nie była w Antwerpii! Irena była z nami na studiach. Już po drugim roku rzuciła politechnikę by zostać skrzypaczką. Dawno nie mieliśmy możliwości usiąść i pogadać na spokojnie, strasznie miło było pobyć z nią kilka godzin :)

     

    Miasto Gandawa(GENT) oczarowało nas swoim urokiem. Nie wyobrażaliśmy sobie znależć takie bogate miasto jeśli chodzi o zabytki: trzy katedry, śliczne domeczki przy kanałach a nawet stary zamek. Popatrzcie na zdjęcia ;)

     

    A w Lille gościliśmy u Maxime. On też był z nami na studiach. I nawet je skończył, został magistrem inżynierem po czym zaczął kolejne studia... muzyczne! 10 miesięcy temu dostał się na stałe do Narodowej Orkiestry w Lille na fagocie. Niestety, orkiestra ta nie grała podczas naszego pobytu, ale Maxime załatwił nam darmowe bilety na koncert Orkiestry radiowej z Paryża w tej samej sali w której on zazwyczaj występuję. Tak dawno nie byliśmy na koncercie muzyki poważnej... Jeden wieczór spędzony z Tippettem, Chopinem, Elgarem i nasze uszy były w niebo wzięte.

     

  10. Paryż     TRASA           ZDJĘCIA

        03 listopad 2018         przejechaliśmy około 12276 km / 3348 km - etap IV

    Jaki ten październik był piękny! Nie spadła ani kropla deszczu przez trzy tygodnie. W czasie dnia było cieplutko i naprawdę miło się jechało. Po trzech płaskich krajach, odkryliśmy na nowo co to są pagórki. Przejechaliśmy przez region Francji zwany Picardie, niby nic ciekawego a jednak ładny sam w sobie.

     

    Jechaliśmy z małego miasteczka do kolejnego małego miasteczka przez pola ziemniaków i buraków cukrowych. Przejechaliśmy przez Amiens gdzie zwiedziliśmy największą francuską katedrę i ładne wybrzeża przy kanale. Zrobiliśmy dużo zdjęć prześlicznych małych mostów, zobaczcie sami!

     

    Dojechaliśmy do Paryża akurat w dzień urodzin brata Thibaut, Romain. Zrobiliśmy mu niespodziankę spędzając z nim i z jego dziewczyną Elodie miły wieczór przy pizzy. Kolejne 10 dni spędziliśmy w Paryżu. Chodziliśmy od przyjaciół do przyjaciół i także do rodziny Cindy na odwiedziny. Najintensywniej było uczestniczyć na obronie doktoratu Natalii, najlepszej przyjaciółki Cindy. Cindy na tę okazję przygotowała ładny poczęstunek a Thibaut jej w tym sporo pomógł.

     

    Nie moglibyśmy zostać tyle czasu w stolicy bez spędzenia trochę czasu na zwiedzanie. Zdecydowaliśmy się odkryć z przewodnikiem bazylikę Świętego Denis, tam gdzie zostali pochowani królowie Francji. Szczerze polecamy tę wizytę, gdzie można dużo się dowiedzieć o historii Francji. Skoczyliśmy także do sklepu najlepszego cukiernika 2018, Cedric Grolet. Jest drogo, ale też szczerze polecamy.

     

    Niestety tuż przed Paryżem, zepsuł nam się aparat. Więc nie mamy zdjęć z Paryża. I prawdopodobnie, nie kupimy nowego aparatu, więc końcówka podróży będzie bez zdjęć.

     

  11. Lyon rok później     TRASA          

        11 listopad 2018         przejechaliśmy około 12574 km / 3646 km - etap IV

    Thibaut znalazł przyjemną trasę by wyjechać z Paryża (możecie ją zobaczyć klikając na link TRASA na górze). Tak się zaczął ostatni tydzień naszej podróży.

     

    Wyjeżdżając z Paryża mieliśmy trzy dni opóżnienia w naszym programie ponieważ Cindy zachorowała. Pierwsze dwa dni jazdy dobrze zrobiły Cindy, szczególnie, że była piękna pogoda. Jednak nie odzyskała swoich dawnych sił i widząc co jej jeszcze zostało by dotrzec do Lyonu załamała się. Marzyła by wsiąść do pociągu i tym sposobem wrócić do domu. Dla Thibaut ta opcja była zbyt frustrująca „jak można skończyć rowerową podróż pociągiem?!” wykrzyknął.

     

    Aby dogodzić dwóm osobom – ta ponad roczna podróż nauczyła nas rozstrzygać tego typu konflikty – następnego dnia, deszczowy dzień, wsiedliśmy do pociągu i dojechaliśmy do Dijon. Z tamtąd przez cztery kolejne dni spokojnie dojechaliśmy do finałowego Lyonu.

     

    Przez cztery dni poznawaliśmy region Francji zwany Bourgogne. Region ten jest wyspecjalizowany w produkcji wina i wszędzie rośnie winorośl. Było pięknie! Poznaliśmy także rodzinę Camille, naszej przyjaciółki rowerzystki (przypomnijcie sobie Camille i Thibault też zwani Szyszki Podróżniczki). Spędziliśmy jedną noc u cioci i wujka Camille a inną u jej rodziców. Już ani razu nie spaliśmy na zewnątrz. Zostaliśmy też zaproszeni poprzez nasz ulubiony portal do przesympatycznej rodzinki w Dijon i spędziliśmy jedną noc u Braci z klasztoru Taize. Ten klasztor jest znany przez młodych chrześcijan na całym świecie. Od dawna chcieliśmy pojechać w to miejsce i akurat było to po drodze.

     

    Oto wróciliśmy do miejsca gdzie wszystko się zaczęło: Lyon. Tutaj kończy się nasza wielka europejska przygoda rowerowa a także ten oto Dziennik Podróży stworzony specjalnie dla tej okazji.

     

    Po 19 krajach, 13000 km i tylu niesamowitych ludziach spotkanych po drodze, mamy tysiące obrazów wryte na zawsze w naszej pamięci, znamy słowa w przeróżnych językach i alfabetach. Czas teraz spotkać się z rodziną, z przyjaciółmi i porobić rzeczy, których nie mogliśmy robić na rowerze.

     

    Mamy plany i kolejne marzenia, które zaczną się prawdopodobnie w styczniu ale nie będziemy tu o nich pisać.

     

    Wielkie dzięki wujku MK za pracę, którą włożyłeś w tym Dzienniku (wysyłaliśmy mu teksty i zdjęcia i on wszystko publikował). Dziękujemy również za to, że byłeś przy nas nawet będąc daleko i pomagałeś nam jak tylko mieliśmy jakikolwiek techniczny problem.

     

    Nie wiemy do końca kto czytał i jak często nasze opowieści. Wiemy jednak, że możemy dać rodzicom Thibaut wyróżnienie za frekwencję i regularność w czytaniu naszych opowiadań ;)

     

    Życie to podróż - wielka przygoda. Życzymy każdemu miłej dalszej podróży!

     

POWRÓT NA BLOGA
design by MK